Łososiowy zawrót głowy czyli kutrywedkarskie.pl na Marinero II Brak ocen.

W tym roku celem naszego pierwszego wyjazdu na Bałtyk były nie dorsze a uznawane za jedne z najszlachetniejszych ryb łososie. Było to dla nas zupełnie nowe doświadczenie, ponieważ do tej pory nie mieliśmy możliwości sprawdzić swoich umiejętności w tej metodzie połowu. W piątek późnym popołudniem ruszyliśmy w kierunku Gdańska.

Tym razem wyjazd był tylko dwuosobowy – za to w pełnym składzie kutrywedkarskie.pl, czyli Łukasz i ja. Droga przebiegała bez problemu, ruch był mały a w naszych głowach krążyły tylko myśli jak wygląda w rzeczywistości ten morski trolling. Sprawnie dojechaliśmy do Gdańskiej mariny, w której mieliśmy zarezerwowany hotel i gdy już wydawało się, że podróż udało się bez żadnych problemów, przy wysiadaniu z samochodu coś przeskoczyło w moim kręgosłupie. Efekt tego był taki, że torbę do pokoju dociągnąłem po ziemi. Przez całą noc ledwo mogłem się ruszyć a przewrócenie z boku na bok urastało do rangi wspinaczki wysokogórskiej. Po ciężkiej nocy nadszedł ranek, kręgosłup nie przestawał boleć i sam już nie wiedziałem czy wsiadanie na pokład łodzi jest szczytem odwagi czy raczej głupoty. Potrójna dawka ibupromu pomogła mi w podjęciu decyzji – a wiec płyniemy i zobaczymy, co to będzie. Z czasem kręgosłup dokuczał trochę mniej i w ostatecznym rozrachunku decyzja o wypłynięciu okazała się nie najgorsza(w moim odczuciu).

IMAG0654

O 6.50 zameldowaliśmy się przy Marinero II, gdzie byliśmy umówieni z Marcinem Ortelem, zawiadującym łodzią. Marinero II to solidna morska łódź motorowa o długości blisko 9 metrów i silniku pozwalającym jej płynąć bez przeszkód z prędkością umożliwiającą na szybkie dostanie się na łowisko. Punktualnie o godzinie 7.00 pojawił się Marcin a w raz z nim kolejni towarzysze naszej wyprawy – Krzysztof, płynący po raz trzeci na łososie oraz Paweł, będący częstym gościem na Marinero i posiadający, tak jak i Marcin dużą wiedzę w zakresie morskiego trollingu. Po przywitaniu i zajęciu miejsc przyszła pora na odpalenia silnika i wyruszenie na wyprawę. Pogoda była idealna – niebo praktycznie bezchmurne, słaby powiew wiatru, bez opadów a fala nie wyższa niż 0,5 metra. Jedyne, co mogłoby nam przeszkadzać to temperatura w granicach zera stopni i lekki szron na pokładzie. Mogłoby – ale oczywiście nie przeszkadzało, bo poziom adrenaliny odpowiednio wysoko temperaturę podnosił. Marcin wyznaczył kurs na autopilocie i ruszyliśmy na przód.

Team

Pierwszą czynnością w drodze na łowisko było przygotowanie sprzętu koniecznego do połowów. Zanim jednak zacznę wywody o sprzęcie chciałbym napisać o dość istotnej sprawie, jaką jest podział ról podczas morskiego trollingu. Każdy na pokładzie musi wykonywać pewne czynności w określonym czasie i w określonej kolejności. Nie ma tam miejsca na improwizację i opóźnienia, które mogą spowodować poważne kłopoty zaczynające się na stracie holowanej ryby a kończące się na splątaniu zestawów a nawet unieruchomieniu całej jednostki. Każdy członek wyprawy musi wiedzieć, co i jak należy robić. Szczególnie trudne jest to w sytuacji, w której na łodzi znajdują się osoby całkowicie niedoświadczone w morskim trollingu, a do takich zaliczyć trzeba było tym razem Łukasza i mnie. Na pokładzie musi być zawsze ktoś, kto pokieruje całą akcją.

Ponieważ wszystko, co dzieje się na pokładzie jest wykonywane wspólnie to i każda złowiona ryba jest też wynikiem wspólnego działania. Za najbardziej sprawiedliwe uznać należy stwierdzenie, że bez względu na to, kto ostatecznie wyciąga rybę na pokład i tak jest ona wspólnym trofeum całej załogi. Jakby jednak nie patrzeć nie ma możliwości, aby jednocześnie wszyscy holowali rybę i obracali korbką kołowrotka. W tym celu na początku rejsu odbywa się losowanie, które ma ustalić kolejność holowania podczas brania ryby. Również podczas naszego rejsu miało to miejsce. Kolejność wypadła następująca – Paweł, Krzysztof, Łukasz, Marcin i na końcu ja. Nie napawało mnie to optymizmem ale werdyk przyjąłem „na klatę”.

Sprzęt

No to teraz o sprzęcie, który jest potrzebny do złowienia ryby. Nie spodziewajcie się po mnie, że będę Wam teraz mówił, jaki sprzęt jest jedynie słuszny, i że tylko elementy z takimi a nie innymi parametrami są właściwe. Pamiętajcie – to był mój pierwszy trolling morski i to, co chcę Wam przedstawić opiera się tylko i wyłącznie na mojej kilkugodzinnej obserwacji nowicjusza. Początkujących trollingowców proszę o dystans do moich wywodów natomiast tych bardziej zaawansowanych już teraz błagam o wybaczenie.

Spostrzeżenie pierwsze. Jeżeli ktoś pływał na morskie połowy ale ma doświadczenia tylko z łowieniem dorszy to niech szybko zapomnij o stosowanym tam sprzęcie – to zupełnie inna liga sprzętowa. I nie chcę tu wyrokować czy gorsza czy lepsza – po prostu zupełnie inna. Po rejsie stwierdziłem, że jedynym elementem z dorszowego zestawu, który miałby prawo sprawdzić się przy połowie łososi jest agrafka. Tak – tylko agrafka. Całą resztę podczas morskiego trollingu należy spakować do torby z napisem NIE OTWIERAĆ.

Wędziska

Zacznę od wędzisk, które są jednym z najistotniejszych elementów zestawów trollingowych. Na Marinero znajdowało się około 15 wędzisk, z czego większą część stanowiły kije bezprzelotkowe firmy Dragon model Trolling Master. Linia Trolling Master została zaprojektowana stricte do trollingu morskiego ze szczególnym ukierunkowaniem na połów ryb łososiowatych. Wszystkie wędziska tej linii występują w długości 260 cm. Różnica między nimi polega na ilości przelotek oraz posiadanych przez nie akcji ugięcia. Na Marinero występowały kije z wewnętrznymi przelotkami i prowadzeniem żyłki w blanku, wyłącznie do stosowania z multiplikatorem, czyli wersja Inline. Kije Trolling Master posiadają także odmienne akcje ugięcia: bardzo wolna do połowu z downriggerami oraz nieco szybsza do trollingu z planerem.

VOI_0531

Zastanawiałem się, dlaczego do trollingu stosuje się takie a nie inne wędziska? Gdybym w swoim życiu łowił ryby łososiowate zapewne nie miałbym takich wątpliwości. Los jednak chciał, że moje wędkarstwo (zanim stało się morskim) było wyłącznie jeziorowe i zetknięcie z salmonidami nie było mi dane. Moje wątpliwości, co do wędzisk spotęgowały zapewne także lata łowienia dorszy. Odpowiedź na moje pytanie przyszła (jak to zawsze bywa) podczas trwania rejsu w trakcie obserwacji pracy zestawów. Łososie to bardzo silne, waleczne ryby o stosunkowo delikatnym pysku. Każde szarpnięcie głową musi być odpowiednio amortyzowane, aby uniemożliwić im wypięcie się z zestawu. Na sztywnym kiju z o wiele większą łatwością taka ucieczka byłaby możliwa. Kije o akcji SLOW są również bardzie przyjazne dla mniej doświadczonych, początkujących łososiowych łowców, gdyż wybaczają więcej popełnionych błędów.

Kołowrotek

Muszę się przyznać, że osobiście nie jestem wielbicielem multiplikatorów, przede wszystkim ze względu na znacznie mniej wygodne (wg mnie oczywiście) kręcenie korbką. Brakuje mi tej stabilności, którą posiadają kołowrotki o stałej szpuli. Po prostu standardowy kołowrotek ze stałą szpulą trzyma mi się o wiele lepiej i nic już na to nie poradzę. Muszę jednak przyznać, że obserwując morski trolling trudno byłoby mi znaleźć takie zalety „stałoszpulowca”, które pobiłyby w tych warunkach multiplikator.

VOI_0457

Multiplikator to mocna i niezawodna konstrukcja idealnie nadająca się do tej metody łowienia. Posiada precyzyjny hamulec, którego regulację można wykonywać bez zbędnych ruchów i bez konieczności puszczania ręką korbki kołowrotka. Możliwość swobodnego wysuwania linki jest jego kolejną, jeszcze większą zaletą. W sytuacji, gdy jednocześnie umieszczamy dwa lub trzy zestawy na windzie, ze zwykłym kołowrotkiem trudno byłoby sobie to wyobrazić. Korzyść trzecia płynąca z posiadania multiplikatora to zamontowany w nim (w większości modeli) licznik linki. Pozwala on precyzyjnie umieścić zestaw na pożądanej głębokości i umożliwia zrobić to powtarzalnie w każdym kolejnym wpuszczeniu zestawu do wody. Każda wędka na Marinero wyposażona była w multiplikator, z których większość stanowiły modele Magda Pro firmy Okuma oraz Sealine firmy Daiwa.

Linka

Pierwszym moim spostrzeżeniem po zobaczeniu zestawów był fakt, że na żadnym z młynków nie zobaczyłem nawiniętej plecionki. Mogłoby się wydawać, że skoro łosoś jest silną rybą do tego łowioną na pełnym morzu, a więc w warunkach jeszcze bardziej utrudniających jego holowanie, to wskazane byłoby mieć linkę mocną i wytrzymałą a do tego cienką, aby stawiała jak najmniejszy opór w wodzie. Takie właśnie walory zapewniają plecionki. Moje początkowe wątpliwości wynikały zapewne znowu z doświadczeń wyniesionych przy połowach dorszy, z której to metody żyłki zostały prawie całkowicie wyeliminowane już wiele lat temu. To, co jest zaletą przy połowie dorszy a więc brak rozciągliwości plecionki, przy połowach łososi jest największą ich wadą. Wszystko wynika między innymi ze specyfiki żerowania tych dwóch gatunków ryb. Dorsz jest rybą stacjonarną szukającą pożywienia w jednym określonym punkcie. Łosoś wręcz przeciwnie, to zawodnik długodystansowy cały czas pozostający w ruchu i przeczesujący hektary wody w poszukiwaniu pożywienia. Każdy z nich posiada inną motorykę. Podczas gdy pierwszy z nich będzie próbował schować się w najbliższym zagłębieniu czy wraku statku, drugi z nich rozpocznie szaleńczy sprint we wszystkich możliwych kierunkach. Żyłka w takich warunkach jest wentylem bezpieczeństwa zapewniającym nam ciągły kontakt z rybą przy jednoczesnym zezwoleniu na ciągłe odjazdy i rzucanie na boki. Oczywiście nikt nie będzie stosował żyłek o grubości 0,15 mm, ale stosowanie takich o przekroju 0,60 mm też mija się z celem. Najbardziej odpowiednie wydają się mi żyłki o grubości 0,30-0,40 mm. Co do kolorystyki to powinna być taka, aby żyłka była dla nas jak najbardziej zauważalna. Pozwoli to zapanować nad rozstawionymi zestawami i uniknąć ich niepotrzebnego splątania.

Flashery

Wabikiem stanowiącym o skuteczności zestawu łososiowego jest flasher. Jest to element wydający (dzięki swej kolorystyce i użytym materiałom) efekty świetlne, które wabią łososie w okolice naszej przynęty. Flashery występują w wielu odmianach. Do najbardziej znanych należą te firmy O`Ki i VK. Oczywiście wielu łososiowców wykonuje flashery własnoręcznie, nadając im niepowtarzalny wygląd i efekt pracy. Flashery, tak jak i każde inne wabiki w wędkarstwie występują w wielu rozmiarach i odmianach kolorystycznych. O tym, które z nich są najbardziej skuteczne z wiadomych względów nie będę się wypowiadał – po prostu brak mi doświadczenia.

VOI_0510 VOI_0509

 

 

 

 

 

 

Planery

Teraz przyszedł czas na przedstawienie sprzętu pomocniczego, bez którego jednak trollingowanie byłoby o wiele trudniejsze a na pewno o wiele mniej efektywne. Zaczną od planerów. Planery to tak naprawdę zaczepione na lince pływaki o odpowiedniej konstrukcji, umożliwiającej im oddalanie się podczas płynięcia od łodzi. Linka na której wypuszczamy planer stanowi element, do którego dopinamy nasze zestawy tak, aby spenetrować jak największy obszar wody. Dobry planer powinien byś tak skonstruowany, aby naciągał linkę ze stałą siłą. Jednocześnie nie może ulegać on wywróceniu na wodzie, bo doprowadzi to wtedy do splątania założonych zestawów. W sprzedaży można zobaczyć planery o różnej konstrukcji. Niektóre z nich (z reguły mniejsze) są jedno elementowe inne natomiast (większe) składają się z dwóch elementów pływających. Dwuelementowe planery bardziej nadają się do morskiego trollingu z kilu powodów. Po pierwsze są mniej podatne na działanie fal a przez to bardziej stabilne i przewidywalne w swojej pracy. Po drugie, w przeciwieństwie do planerów jedno elementowych są podczepione do łodzi na własnej lince i nie stanowią żadnego obciążenia podczas holu ryby. Jeżeli chodzi o materiał, z którego wykonane są planery to większość firmowych modeli jest wykonana oczywiście z tworzyw sztucznych.

VOI_0514VOI_0539

Na Marinero używają własnoręcznie wykonanych planerów o konstrukcji dwuelementowej wykonanych z drewnianych desek i odpowiednio zakonserwowanych przed działaniem wody morskiej. Z moich obserwacji mogę wnioskować, że konstrukcja ta niejednokrotnie była testowana i dopracowywana a w chwili obecnej jest rozwiązaniem optymalnym (a przynajmniej takiemu rozwiązaniu bliskim).

Windy (downrigger)

Jeżeli chcecie szybko, dokładnie i bez większego wysiłku umieścić swoje przynęty po łodzią na odpowiedniej głębokości to elektryczne windy są do tego celu najlepszym rozwiązaniem. Można oczywiście stosować windy ręczne bez napędu, ale ich używanie na pewno będzie bardziej obciążające czasowo. Oczywiście windy elektryczne mają swoją wielką wadę, którą jest jej cena, ale wiadomo – coś za coś. W zależności od głębokości, na której chcecie łowić na jedną windę można założyć do kilku zestawów. My podczas rejsu używaliśmy trzech zestawów na jedną windę i myślę, że jest to ilość optymalna. Winda oprócz całej górnej maszynerii i stalowej linki musi posiadać jeszcze obciążenie, które tę linkę ściągnie na odpowiednia głębokość. Standardowo obciążenie stanowi kula, dość często posiadająca dodatkową pletwę poprawiającą jej stabilność podczas ruchu w wodzie. Koledzy z Marinero stosują również rozwiązanie z płetwą tylko, że nie jest stanowi ona całości z kulą a z elementem w kształcie połówki cygara. Rozwiązanie to wydaje się mniej podatne na okręcanie się w wodzie, co przekłada się oczywiście na znacznie mniejszą ilość splątanych przez ten element zestawów.

VOI_0470 VOI_0479

 

 

 

 

 

 

Klipsy i agrafki

Istotną rolę dla prawidłowego funkcjonowania zestawów są klipsy służące do przypinania żyłki do linek windy lub planera.

Klipsy służą do zaczepiania w nich żyłki. Klipsy muszą zaciskać się z odpowiednią siłą – tak dużą, aby utrzymać żyłkę obciążoną przynętą podczas płynięcia łodzi a jednocześnie na tyle małą, aby podczas brania ryba bez problemu wyszarpnęła żyłkę z klipsa. Mocowane są na dwa sposoby. Pierwszy sposob to do linki planera za pomocą specjalnych oczek – w tym wypadku oczko musi płynnie i bez oporów przesuwać się po lince lub za pomocą żyłki o agrafki do stalowej linki windy.  drugi sposób dotyczy mocowania za pomocą agrafek do stalowej linki windy. Siła, z jaką zaciskają się agrafki musi uniemożliwiać przesuwanie się zestawu po stalowej lince. Po pierwsze mamy dzięki temu gwarancję, że przynęta pracuje cały czas na takiej głębokości, na jakiej ją wcześniej umieściliśmy. Po drugie zapobiega to splątaniu się zestawów, do czego z pewnością by doszło gdyby klips był ruchomy.

scotty_planer_board_release imagesAQVLCJEH

 

 

 

 

 

Przynęty

Podczas naszego rejsu królowały przynęty naturalne – szprotki i ukleje. Były mocowane do zestawów za pomocą specjalnych plastikowych główek, występujących w różnych wariantach kolorystycznych. Główki te utrzymywały przynęty na tyle skutecznie, że nawet po nietrafionym braniu nie wypinały się one z uchwytu. Trudno mi określić na ile skuteczne są przynęty sztuczne. Choć na pokładzie Marinero widziałem kilka wahadłówek, nie było nam dane wpuścić ich do wody. Mogę tylko wnioskować, że skoro tak doświadczeni łowcy łososi jak Marcin i Paweł używają przynęt naturalnych, to widocznie jest w tym jakiś sens i takie właśnie przynęty są o wiele skuteczniejsze od kawałka blaszki czy plastiku.

VOI_0523 VOI_0556

 

 

 

 

 

Metoda połowu

Przyszedł czas na przedstawienie techniki połowu, która zaczyna się od prawidłowego umieszczenia przygotowanych zestawów w wodzie. Rozstawianie można podzielić na następujące etapy.

Na początku do wody wędrują planery, każdy oczywiście po swojej, właściwej stronie burty. Łódź jest już w ruchu, więc planery odpływają na boki od łodzi na lince. Pozwalamy im oddalić się na pożądaną odległość. Pytanie, na jaką? Wszystko zależy od tego ile zestawów chcemy umieścić we wodzie. U nas na każdej z burt były umieszczone trzy wędziska, więc planery oddaliły się od łodzi na odległość około 30-35 metrów. Następnym etapem jest rozstawienie zestawów, które będą mocowane do linki planera. Najpierw wypuszczamy przynętę do wody na odległość, na jakiej ma ona być umieszczona za łodzią (odległość tą pomagają nam określić liczniki multiplikatora). W naszym przypadku było to około 30-40 metrów. Następnie podczepiamy żyłkę do klipsa przymocowanego uszkiem do linki planera i puszczamy zestaw, który zmierza w kierunku planera. Trzeba go ustawić tak daleko od łodzi, aby zmieściły się na lince kolejne zestawy. Muszą być one oddalone od siebie w odległości, która uniemożliwi im splątania się ze sobą. Odległość 10 metrów między klipsami na pewno będzie bezpiecznym dystansem. Gdy widzimy, że klips jest już w pożądanym przez nas miejscu, blokujemy szpulę multiplikatora i umieszczamy wędzisko w uchwycie. W ten sposób postępujemy z kolejnymi zestawami tak na lewej jak i na prawej burcie.

Kolejny etap to umieszczenie zestawów na windach. Sprawa wygląda podobnie z tym wyjątkiem, że zestawy będą zmierzały w kierunku dna, więc odległości między nimi oraz głębokość, na której aktualnie się znajdują nie można już kontrolować bezpośrednio za pomocą wzroku. Do tego posłużą nam liczniki odległości, które posiadają windy oraz oczywiście liczniki multiplikatorów. Wypuszczamy zestaw do wody na określoną odległość a następnie mocujemy żyłkę za pomocą klipsa do linki windy. Za pomocą windy opuszczamy obciążenie w dół (np. około 10 metrów) i w sposób analogiczny umieszczamy kolejny zestaw we wodzie. W ten sposób mamy rozstawione wszystkie zestawy.

Co jest istotną rzeczą w tym wszystkim? Nie wiemy mianowicie, na jakiej głębokości znajdują się żerujące ryby. Błędem byłoby umieszczanie przynęt we wodzie tak, aby pracowały blisko siebie i na jednej głębokości. Prawidłowe rozmieszczenie przynęt powinno być więc takie, aby pokryło swoim działaniem całą przestrzeń wody pomiędzy powierzchnią a dnem morza. Oczywiście możemy modyfikować ustawienia naszych zestawów w przypadku, kiedy podczas trwania rejsu ryby będą brały tylko na głębokości np. 15-20 metrów a na przynęty ustawione na innych głębokościach nie będą reagować.

Muszę w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym elemencie zestawu a mianowicie o ciężarku umieszczanym w zestawach planerowych. Mają one za zadanie ściągnąć i utrzymać przynętę na odpowiedniej głębokości. Stosujemy ciężarki uzależniając oczywiście ich wagę od tego, na jakiej głębokości ma być umieszczona przynęta.

Istotną rolę w połowie trollingowym ma prędkość poruszania się przynęty. Jak wiadomo ilu jest wędkarzy tyle teorii ile powinna ona wynosić. Podczas naszej wyprawy łódź Marinero poruszała się mniej więcej ze stałą prędkością. Z moich obserwacji wynikało, że była to prędkość w okolicach 4 km/h. Pytanie czy jest to prędkość optymalna czy też nie pozostanie dla mnie jak na razie bez odpowiedzi. Konieczne byłoby zapewne odbycie co najmniej kilkunastu jak nie kilkudziesięciu rejsów na różnych jednostkach i w różnych warunkach pogodowych, aby taką odpowiedź uzyskać.

Ważnym elementem trollingowej metody połowu na morzu przy rozstawionych 12 zestawach jest niewykonywanie żadnych gwałtownych zwrotów łodzi. Takie postępowanie jest gwarancją splątania zestawów. Równie istotne jest, aby łódź cały czas płynęła do przodu, nawet podczas holu ryby, gdyż każde zluzowanie zestawów może także zakończyć się koniecznością ponownego zbrojenia wędzisk.

Branie i hol

Dochodzimy wreszcie do kulminacyjnego punktu wszystkich wypraw wędkarskich a więc do brania i holu ryby. Aby jednak do tego doszło musimy uzbroić się w cierpliwość. Polowanie na łososia to przede wszystkim czas oczekiwania i obserwacji. Z relacji Marcina wiem, że zdarzają się takie rejsy, podczas których nie ma ani jednego kontaktu z rybą. Każde branie musi być jak najszybciej zauważone. Jak to zauważyć? Pomaga w tym przede wszystkim doświadczenie. Według mnie łatwiej zauważyć branie na zestawach umieszczonych na planerach. W tym przypadku można po prostu obserwować żyłkę – albo bezpośrednio skupiając uwagę na klipsie, w którym jest ona umieszczona lub też patrząc czy biegnie ona od wędziska w kierunku klipsa. Jeżeli zauważymy, że żyłka nie znajduje się w tym miejscu, w którym powinna, może to oznaczać branie. Jeżeli chodzi o brania znajdujące się na zestawach zamontowanych na windach sprawa jest trochę bardziej utrudniona, albowiem nie możemy obserwować żyłki w klipsie. Oznaką brania jest chwilowe wyprostowanie się napiętego wędziska, które następuje, gdy ryba wyszarpnie żyłkę z klipsa i między przynętą a wędką powstaje luz. Ta chwili trwa jednak bardzo krótko, więc przez cały czas trzeba być czujnym i obserwować wszystkie zestawy. Dużą rolę odgrywa tu doświadczenie. Podczas naszej wyprawy największą spostrzegawczością wykazywał się Paweł – podczas gdy ja nawet nie zdążyłem się zorientować, że nastąpiło branie on już stał przy wędce.

Hol łososia to nauka cierpliwości i pokory. Na czas trwania holu składa się wiele czynników.

VOI_0613

Pierwszym jest oczywiście sama ryba, posiadająca niezwykłą zdolność uwalniania się z haków naszej przynęty. Ma na to różne sposoby – od wyskoków nad wodę, przez szarpanie głową na boki aż po arcysprytny pomysł wyprzedzenia łodzi i wpłynięcia w inne zestawy. O ile na dwa pierwsze warianty można być przygotowanym i o tyle na ten ostatni nie ma praktycznie właściwego przeciwdziałania – nie można łodzi zatrzymać, nie można przyspieszyć i nie można też zakręcić. Jedynie, co wtedy można robić to modlić się o odrobinę szczęścia.

Drugim elementem wpływającym na niepowtarzalność holu łososia na morzu są właściwości sprzętu trollingowego, charakteryzującego się (o czym pisałem wcześniej) maksymalną miękkością i rozciągliwością. Szybki i twardy hol jest tutaj niemożliwy. Dodatkowo hamulec w multiplikatorze musi być ustawiony tak, aby każdy odjazd ryby był możliwy przez nią do wykonania bez najmniejszych problemów. Jeżeli będziecie chcieli przytrzymać ją zbyt mocno – już jej nie zobaczycie. Na ten właśnie element cały czas zwracał nam Paweł podczas rejsu – nie dokręcajcie hamulca – nawet, jeżeli ryba robi dziesiąty czy dwudziesty odjazd musicie jej na to pozwolić. Oczywiście są okoliczności, gdy będzie trzeba podjąć ryzyko. Gdy na szpuli zostaną ostatnie 2 metry żyłki wówczas nie ma odwrotu – trzeba zaryzykować i próbować ściągać rybę.

Trzecim elementem są warunki, w jakich łowimy – warunki generowane przez pogodę, morze oraz pozostałych zestawów, które znajdują się praktycznie wszędzie wokół nas. Przez cały czas trzeba kontrolować, aby nie pozwolić wejść rybie tam gdzie może narobić nam bałaganu i jednocześnie się uwolnić.

IMAG0669

Gdy mamy już rybę przy burcie przychodzi czas na wyciągnięcie jej z wody na pokład. Podbieranie musi odbyć się w sposób szybki i bezbłędny. Każdy wędkarz wie ile ryb można stracić właśnie podczas niewłaściwie wykonanego podbierania. W trollingu morskim mamy dodatkowe utrudnienia, które jeszcze bardzie potęgują to zagrożenie. Dookoła rozstawione inne zestawy, gotowe w każdej chwili się splątać, cały czas płynąca łódź i fale rzucające na boki. Oraz oczywiście nie lada przeciwnik na drugim końcu wędki. Trzeba podebrać go jednym wprawnym ruchem i jak najszybciej przenieść na pokład. U nas funkcję podbierającego pełnił Marcin i robił to naprawdę bezbłędnie.

m07 VOI_0592 VOI_0626IMAG0691q

Porównanie

Prawie na sam koniec zostawiłem sobie porównanie pomiędzy dwoma metodami połowu występującymi w polskim Bałtyku a odbywającymi się z pokładów jednostek pływających. Mam tu na myśli łososiowy morski trolling i połów dorszy, czyli metodę będącą obecnie absolutnym dominatorem wśród polskich wędkarzy morskich. Choć obydwie metody odbywają się w identycznym otoczeniu to różnią się między sobą w każdym elemencie zwłaszcza, jeżeli chodzi o używany sprzęt i osprzęt oraz przede wszystkim w technice holu. Połowy dorszy to ciągłe trzymanie wędki w ręku, gdzie każdy jest odpowiedzialny za swoje wyniki. Łowienie łososi metodą trollingową to wspólna walka o wspólne wyniki. Podczas łowienia dorszy liczy się każda sekunda przebywania przynęty w wodzie, kto pierwszy dotrze nią do dna ten ma większe szanse na wyciągnięcie ryby. Jest to pewnego rodzaju pośpiech, szczególnie zauważalny, gdy szyper daje sygnał do zarzucenia wędek. W połowie łososie tego nie ma – tutaj liczy się umiejętność cierpliwego czekania na branie, na tę może jedyną okazję. Kolejną różnicą jest ilość łowionych ryb. Nie ma chyba rejsu dorszowego, a przynajmniej ja nie słyszałem o takim rejsie, który zakończyłby się całkowitym bezrybiem. Na pokładach kutrów nawet przy najgorszych warunkach średnia na jednego wędkarze wynosi przynajmniej od 5 do 10 ryb. W dorszowaniu zawsze jest ten następny raz, który następuje po 10 czy 20 minutach (no góra po 2 godzinach w warunkach fatalnych).W połowie łososi wygląda to całkowicie inaczej. Dzień, w którym na pokładzie ląduje w sumie pięć ryb uznać należy za coś naprawdę wyjątkowego i niepowtarzalnego. To coś, co może się przez wiele tygodni nie powtórzyć. Łowienie łososi uczy pokory wobec przeciwnika – tutaj nie ma miejsca na błędy. Jeżeli taki popełnisz następnej szansy w danym dniu możesz nie otrzymać.

To wszystko sprawia, że morskie trollingowanie jest niepowtarzalne w swoim rodzaju. Jest pewnego rodzaju przygodą, ale także szkołą cierpliwości i pokory. Może właśnie dlatego, w czasach gdy wszyscy chcą dostawać wszystko jak najszybciej i jak najwięcej, ilość wędkarzy uganiających się za dorszami jest nieporównywalnie większa niż ilość łowców morskich łososi. W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że w wyścigu z czasem brakuje nam właśnie tego czasu.

Podziękowania

Bardzo dziękujemy Marcinowi Ortelowi za zaproszenie na nasz pierwsze (a mamy też nadzieję, że nie ostatnie) morskie trollingowanie. Zapewne gdyby nie ta propozycja dalej nie mielibyśmy odpowiednio silnej motywacji, aby spróbować. Marcin jest przewodnikiem godnym polecenia, posiadającym dużą wiedzę popartą doświadczeniem w temacie morskiego łososiowania. Gdyby nie to, że trzeba było (!) łowić ryby to pewnie można by z nim o rybach przegadać cały rejs .

Wielkie dzięki dla Pawła, za pomoc i cenne wskazówki podczas rejsu a zwłaszcza za odstąpienie swojego pool position podczas holowania ryby.

Dziękujemy także Krzysztofowi za zgodę na fotki z rybą, której hol przypadł jemu w udziale. Krzysztof wykazał się ogromną skromnością – nie dość, że dał powyższą zgodę to jeszcze sam wzbraniał się rękoma i nogami, aby dać sobie zrobić zdjęcie z rybą. Dopiero usilne namowy Marcina złamały jego wolę w tym zakresie.

Na sam koniec dziękujemy tym wszystkim, którzy dobrnęli do końca tej relacji, pisanej przez całkowitego nowicjusza w morskiej odmianie trollingu. Mam nadzieję, że udało się, choć kilku z Was odnaleźć w niej jakieś ciekawe fragmenty.

Z wędkarskim pozdrowieniem,

Wojtek

FacebookTwitterGoogle+Podziel się z innymi