Na pokładzie Złotej Rybki – Darłowo 10.10.2015 Brak ocen.

Czas na podsumowanie ostatniego rejsu. Tym razem, zgodnie z zapowiedziami udaliśmy się do Darłówka na dobrze nam znaną jednostkę Złota Rybka. W skład naszej grupy wchodziły 4 osoby – ja oraz trzech kolegów, z którymi dość regularnie udaje się wypływać na morskie połowy.

Złota Rybka

 zlota

Na pokładzie zameldowaliśmy się około godziny 5.30, gdy dookoła rozciągały się jeszcze nocne ciemności. Temperatura była bliska 0 stopni, więc już w porcie konieczne było założenie zimowych czapek i rękawiczek. Wybór miejsc był już bardzo ograniczony, gdyż większość kolegów wędkarzy były wcześniej od nas. Miejsca uznawane za najlepsze, a więc na rufie i na dziobie były oczywiście zajęte w pierwszej kolejności. Chcąc stać blisko siebie wybraliśmy miejsca na lewej burcie. Około godziny 6.00 odbiliśmy od nadbrzeża i ruszyliśmy w kierunku wyjścia z portu. Wokół nas, z przodu i z tyłu wypływało oczywiście kilka innych jednostek, więc w defiladowej kolumnie opuszczaliśmy darłowski port. Dopłynięcie do łowisk miało nam zająć około 1,5 godziny, więc był czas na przemyślenie strategii łowienia. Płynąc na łowisko dane nam było podziwiać przepiękny wschód słońca nad Polską, piękniejszy tym bardziej, że na niebie były praktycznie tylko niewielkie chmurki. Stan morza pozwalał na spokoje przebywanie na pokładzie – falowanie było minimalne, fale nie przekraczały 0,5 metra, wiatr był bardzo słaby i również nie przeszkadzał w przebywaniu na pokładzie. Z biegiem czasu temperatura rosłą i robiło się coraz przyjemniej. No ale oczywiście nie na wycieczkę krajoznawczą ani na podziwianie krajobrazu tam przyjechaliśmy. Około 7.30 szyper po raz pierwszy zatrzymał kuter po napłynięciu na ławicę dorszy. Przynęty poleciały w kierunku morze i już po chwili osiągnęły jego dno. Przez cały rejs łowiliśmy przeważnie na głębokości pomiędzy 35 a 45 metrów.

Wędka

Zanim przejdę do dalszej opowieści naświetlę Wam, jakiego sprzętu używałem do łowienia. Zacznę od wędki – był to kij firmy Dragon serii Millenium Dorsz, który jest kijem dwuskładowym wyposażonym w dwa wymienne składy końcowe. Kija tego używam od blisko 3 lat i jestem z niego bardzo zadowolony. Jest lekki (290 g), ma miły w dotyku korkowy uchwyt, jak dla mnie ma odpowiednie ugięcie (akcja fast) i jest solidnie wykonany. Ma on długość 2,70 m i może służyć do połowu przynętami o wadze do 150 g w słabszej konfiguracji i do 250 g na mocniejszym drugim składzie.

WP_20151011_022

Kij wykonany jest bardzo solidnie i w swoim przedziale cenowym (około 300 zł) jest wg mnie jedną z najlepszych i najbardziej uniwersalnych wędek. Bardzo dobrze przenosi pracę przynęty i z łatwością da się na nim wyczuć każdy kontakt z dnem oraz z rybą oczywiście. Ponieważ dryf morza nie był najsłabszy zdecydowałem się na złożenie wędki w mocniejszej konfiguracji, tzn. do 250 g, gdyż przewidywałem, że będę łowił przynętami o wadze do 170 g.

Kołowrotek

Jaxon Ornet 600 FD to mój tegoroczny nabytek. Miałem okazje używać go już poprzednim razem, więc ten rejs miał potwierdzić moje zdanie o nim.

WP_20151011_021

Kołowrotek znajduje się w klasie cenowej około 170 zł. Młynek posiada łącznie 6 (5+1) łożysk, waży 481 gram i pozwala nawinąć 280 m żyłki o grubości 0,30 mm. Na jego wyposażeniu znajduje się jedna szpula aluminiowa oraz druga zapasowa wykonana z grafitu. Dobrze układa on linkę na szpuli i nie można mu w tym aspekcie niczego zarzucić. Jedynym irytującym dla mnie mankamentem jest występujący lekki luz w pasowaniu korbki. Z korpusem. Pomimo prób nawet bardzo mocnego dokręcenia korbki luz cały czas był wyczuwalny i nie można było go wyeliminować. Nie miałem okazji testować innego egzemplarza, więc trudno mi zweryfikować czy jest to ogólna przypadłość tego modelu czy może tylko posiadanej przeze mnie sztuki. Chcę jednak dodać, że występujący luz nie wpływa ani na pracę kołowrotka ani w pracy na luzie ani też podczas holu ryby. Mógłby on po prostu nie występować i wtedy naprawdę nie byłoby, do czego się przyczepić J

Plecionka

Na kołowrotek nawiniętą mam plecionkę firmy Cormoran model ZOOM7 o grubości 0,20 mm w kolorze pomarańczowym. Deklarowana przez producenta wytrzymałość plecionki w tym rozmiarze wynosi 15,60 kg – na bałtyckie wędkowanie jest wystarczająca a na podstawie połowów z ostatnich kilku lat śmiem (niestety) twierdzić, że posiada duży zapas mocy.

5117290232

Plecionkę można nabyć na szpuli o długości nawoju 300 m i jest to wystarczająca ilość do zapełnienia kołowrotka Jaxon. Cena plecionki na rynku wynosi około 100 zł. Jak na razie w użytkowaniu plecionka sprawdza się bez zarzutu.

Przypon

W zakresie przyponów w tym roku postawiłem na wyroby własne. Pytanie mogłoby brzmieć „dlaczego?”, skoro sklepy wędkarskie oferują szeroką ich gamę w różnych specyfikacjach. Szeroką owszem – ale nie dla mnie J Przeglądałem różne sklepy internetowe ale nie znalazłem jak dotąd satysfakcjonującej mnie oferty. Mam bowiem jedno ważne wymaganie w stosunku do przyponów końcowych i nie chodzi tu ani o kolor, ani o wytrzymałość, ani o długość. Chodzi mi przede wszystkim o jego sztywność, a taką może zapewnić żyłka o średnicy nie mniejszej niż 0,60 mm. A niestety przypony w ofercie sklepowej nie występują w takiej specyfikacji. Wielu uzna taką grubość za przesadną, ale ja nie znajduję przekonywujących argumentów, która mogłyby podważyć używanie przyponów o takiej średnicy. Na potwierdzenie mojego zdania mam dowody w postaci ilości łowionych ryb.

Co daje mi stosowanie przyponów o takiej średnicy? Przede wszystkim to, że nie mam problemu z plątaniem się końcowego zestawu. Często można zauważyć, że kotwica pilkera zahacza się o żyłkę przyponu, że przypon skręca się nieodwracalnie podczas pracy lub, co jest największym i najczęstszym problemem zwłaszcza, gdy na pokładzie występuje duża ilość początkujących morskich wędkarzy – plącze się nieodwracalnie z zestawem sąsiada. We wszystkich tych przypadkach przypon odkształca się od swojego pierwotnego kształtu. Sytuacja potęguje się jeszcze bardziej, gdy mamy na przyponie boczny trok z przywieszką. Przez klika lat łowienia miałem takie właśnie problemy, które z biegiem czasu irytowały mnie coraz bardziej aż wreszcie powiedziałem dość. I tak zaczęła się moja „produkcja”.

Jak wykonuję przypony? Do tego celu kupuję żyłkę gospodarczą (np. firmy Konger lub Jaxon) o średnicy 0,80 mm w ilości 100 metrów za niespełna 10 złotych, tulejki zaciskowe o średnicy 2,50 mm (osobiście używam firmy SPRO) za około 4 zł za 20 sztuk, co wystarczy na 20 przyponów oraz oczywiście krętliki morskie z agrafkami (np. firmy Spinwal) za około 7 zł za 5 sztuk. Wykonanie przyponu to kwestia chwili – na jedną sztukę potrzeba nie więcej niż 3 minuty pracy a efekt jest naprawdę satysfakcjonujący.

1_max 5381802637 WP_20151011_014  WP_20151011_018

Jednymi narzędziami potrzebnymi do ich wykonania są nożyczki i zaciskacz do tulejek, który posiada w domu każdy domorosły elektryk lub mechanikJ Wszystkim, którzy nie wierzą w moje słowa polecam wykonanie kilku sztuk na własny użytek. Koszt niewielki, więc spróbować warto. Na koniec dodam, że w przeciwieństwie do innych kolegów na kutrze podczas całego rejsu używałem niezmiennie tylko jednego przyponu. Po zakończonym łowieniu nie było na nim śladu zużycia.

Przynęty

Muszę przyznać, że posiadam dość dużą skrzynkę z morskimi przynętami. Jest w niej zawsze około 100 pilkerów w najróżniejszej gramaturze i kolorystyce. Oczywiście jak każdy szanujący się wędkarz przed każdym wyjazdem zauważam niewybaczalne braki i w związku z tym udaję się do najbliższego sklepu wędkarskiego, aby je uzupełnić. Ile kosztuje pilker – każdy wie. Ile kosztuje 100 pilkerów nie trudno policzyć. Do tego dochodzą oczywiście najróżniejsze gumy służące jako główna przynęta oraz przywieszki wszelkiej maści. Tym razem postanowiłem przetestować tylko sześć przynęt.

WP_20151011_006 WP_20151011_007

Postanowiłem sobie, że cokolwiek by się nie działo, bez względu na to ile ryb złowię lub nie złowię, będzie to tylko 6 przynęt. Wybór padł na 4 pilkery i dwie gumy. Dwa pilkery to typowe „sklepowce” – model Bora firmy Jaxon o wadze 150 gram w kolorze srebrnym z dodatkiem brudnej czerwieni, czerwony Tubis o wadze 160 gram oraz dwa srebrne pilkery wykonane metoda chałupniczą o wadze 120 i 160 gram (o nich za chwilę). Co do gum to były to 15-o centymetrowe twistery w dwóch kolorach uzbrojone w główki jig`owe o wadze 120 i 160 gram. Już na początku łowienie stało się jasne, że dryf morze skutecznie przeszkadza w połowie pilkerem o wadze 120 gram oraz lżejszą gumą. Z 6-u przynęt pozostały więc tylko 4. Jakie uzyskałem rezultaty dowiecie się za chwilę, ale zanim to zrobię opowiem Wam pokrótce o MOICH pilkerach.

WP_20151011_010WP_20151011_001

Pomysł pojawił się w mojej głowie gdyż zobaczyłem na aukcji internetowej „surowe” ołowiane odlewy pilkerów. Posiadały one oczywiście już mocowania do kotwicy i agrafki. Do ego sprzedawca w pakiecie dodawał do każdej sztuki dwa kółka łącznikowe oraz parę oczek do wklejenia. Koszt zakupu pilkerów wynosił około 3,50 zł za sztukę. Mając w pamięci ilość moich pilkerów, które zostały na dnie a zwłaszcza na wrakach od razu włączyłem w głowie kalkulator i doszedłem do wniosku, że może to być opłacalny zakup. Po doliczeniu do tego ceny kotwicy jakby nie liczyć wychodziło 3 razy taniej niż w sklepie. Oczywiście pilkery były w stanie surowym i wymagały zabezpieczenia jakąś farbą. Postanowiłem już na początku, że będą one w naturalnym srebrno szarym kolorze, więc od razu zrezygnowałem ze wszystkich kolorowych lakierów. Problem jednak pozostał – jaki lakier bezbarwny użyć. Po zapoznaniu się z opinią kolegów po fachu na rozlicznych forach spróbowałem samemu wykonać lakier poliuretanowy. Miał on mieć większą gęstość niż ten dostępny w sklepie no i oczywiście (jak zawsze) miał być tańszy. Potrzebne były do tego dwa składniki – rozpuszczalnik i styropian. Próby niestety nie przebiegły pomyślnie. Pomimo zastosowania 3 różnych rozpuszczalników i różnych styropianów nie udało mi się uzyskać lakieru. Miałem wrażenie, że bez względu na ilość styropianu wrzucanego do słoika z rozpuszczalnikiem następuje jego nadzwyczajna kondensacja. Gdy w słoiku 0,5 litra zmieściłem całą płytę styropianu o wymiarze 1 x 1 metr i grubości 5 cm – zaprzestałem dalszych prób. Pozostało więc udać się do tradycyjnego sklepu i kupić puszkę lakieru. Wybór padł na lakier do podłóg – cena okoo 50 zł za litr. Na początku wkleiłem w pilker za pomocą kleju typu kropelka oczka. Następnie przystąpiłem do lakierowania. Aby uzyskać jednolitą powierzchnię lakieru na pilkerze kilkakrotnie (5-6 razy) zamaczałem go w puszcze zachowując potrzeby do wyschnięcia odpowiedni odstęp czasowy (około 15 godzin). Po takim działaniu efekt był już zadowalający i pilkery były gotowe do zbrojenia w kotwicę.

Testy wytrzymałościowe we wodzie wykazały dwa zasadnicze problemy.

WP_20151011_004 WP_20151011_005 WP_20151011_011

Pierwszym jest trwałość powłoki lakierowej – po całym dniu łowienia lakier zaczął się łuszczyć na pilkerze w miejscu, w którym najczęściej stykał się on z dnem a więc był narażony na uszkodzenia mechaniczne.

Drugi problem, powiązany z pierwszym to źle umiejscowione uszko do kotwicy – znajduje się ono nie na czubku pilkera, tak jak ma to miejsce w większości kupnych modeli, ale na jego spodzie. Powoduje to narażenie pilkera na uderzanie o dno nie stalowym drutem uszka do kotwicy, ale bardziej miękkim ołowianym korpusem. Można z łatwością zauważyć, że właśnie w tym miejscu pilker jest „ugnieciony” od ciągłego stukania. Powoduje to oczywiście większe uszkodzenia powłoki lakierniczej.

Istnieje więc potencjał na poprawę budowy pilkera i zastosowanie nowych materiałów wykańczających.

Technika łowienia

Podczas łowienia starałem się przez cały czas stosować jeden schemat łowienia, jeżeli chodzi o odległość wyrzutu przynęty. Bynajmniej nie dlatego, że lubię łowić schematycznie. Po porostu postanowiłem potwierdzić opinie głoszone przez czołowych polskich wędkarzy morskich.

Zasada, którą przyjąłem jako pierwszą była następująca – obojętnie, którą burtą kuter ustawi się do fali pierwszy rzut następuje zawsze pionowo w dół przy burcie. Jeżeli ławica znajduje się bezpośrednio pod kutrem to istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie nasz pilker dotrze do dna jako pierwszy i zostanie zaatakowany przez rybę. Można powiedzieć, że dorsz w takim wypadku działa na „zasadzie świeżości” – przed chwilą w obszarze jego żerowania nie było nic godnego ataku a teraz nagle przed nim znajduje się ofiara godna zjedzenia. Po chwili jednak może okazać się, że 20 pilkerów stukających w dno robi więcej szkody niż pożytku. Nie ma wprawdzie bezpośrednich argumentów na to że dorsze płoszą się po długotrwałym ostukiwaniu dna pilkerami, ale patrząc na ilość brań można taką teorię wysnuć. Na pewno wielu z Was zauważyło, że najwięcej brań następuje przy pierwszym narzucie a z każdym kolejnym jest ich mniej. I tu wchodzi do działania kolejna zasada zastosowana przeze mnie podczas rejsu.

Zasada nr 2 brzmi – jeżeli nie masz kontaktu z rybą przy zastosowaniu zasady nr 1 to każdy kolejny rzut musi być oddany na jak największą odległość a przynęta musi być powoli ściągana w kierunku kutra. Takie rozwiązanie ma w sobie dużo zalet. Przede wszystkim pozwala spenetrować o wiele większy obszar łowiska w porównaniu do tradycyjnego pilkowania w pionie gdzie zakres obszaru łowienia wyznacza nam dryf kutra. Po drugie łowimy się tam gdzie nie ma innych przynęt, co jest spowodowany tym, że większość wędkarzy ciągle uparcie trzyma się tradycyjnego łowienia w pionie – a wiec znowu działamy tutaj na efekcie świeżości. Po trzecie wiadomym jest, że kuter nie jest zacumowany w jednym miejscu tylko przesuwa się wraz z falami. Jeżeli łowimy na burcie pod falę, na której oddalmy się od zarzuconej przez nas przynęty to oddalamy się również od miejsca, w którym przed chwilą brały ryby.

Podczas rejsu zrobiłem mały eksperyment. Po zatrzymaniu kutra stojąc na takiej właśnie burcie wszyscy (w tym i ja) zarzuciliśmy przynęty pionowo w toni. Po chwili każdy miał branie i prawie każdy holował rybę. Sytuacja powtórzyła się przy drugim wrzuceniu przynęt. Następnie koledzy wrzucili przynęty po raz trzeci w pionie i… cisza – ani jednego brania. Rzucali wiec dalej w pionie. Ja tymczasem, zgodnie z drugą zasadą zacząłem oddawać dalekie rzutu. Pierwszy rzut – branie, drugi branie. Obserwowałem podobny scenariusz podczas kilku zatrzymań i za każdym razem schemat był podobny. Gdy tylko kończyły się brania pod kutrem to zaczynały się daleko od niego.

Podsumowując obydwie zasady – znaczącą większość brań (około 75%) miałem przy stosowaniu zasady nr 2. Zauważyłem też, że największe ryby na kutrze były właśnie wyciągnięte podczas dalekich wyrzutów przynęty. Może to przypadek, a może po prostu większe osobniki stoją na skraju ławicy – na to pytanie nie mam na razie wyrobionej opinii.

Wyniki

Znacie już sprzęt, którego używałem do łowienia z pokładu Złotej Rybki, wiecie, jaka był pogoda, wiecie też, jakie pomysły zakupowe przychodzą mi do głowy. Nie wiecie tylko jednego – jakie były wyniki połowów. Zacznę od tego, że pośród 25 wędkarzy znajdujących się na kutrze nie było takiego, który by ryby nie złowił. Ilość ryb na wędkarza wahała się pomiędzy 5 a 25 sztuk. Ja wyciągnąłem 16 sztuk, z czego 3 od razu wróciły do wody ze względu na niepełnoletność wymiarową. Oprócz tego miałem 10 brań, gdzie zaciąłem rybę, ale udało się jej odhaczyć podczas holu. Oczywiście zgodnie z założeniem wypróbowywałem wszystkie 4 przynęty. Zasada, jaką przyjąłem podczas łowienia była następująca – jeżeli w trakcie 5-u kolejnych zarzuceń nie będę miał kontaktu z rybą to zmieniam przynętę. Statystyka po całym dniu łowienia byłą następująca:

Pilker Bora Jaxon
150 g
Pilker Tubis
160 g
Pilker własnej produkcji
165 g
Twisterz główką jig
160 g
Ilość brań 1 0 25 0
Ilość wyholowanych ryb 1 0 15 0

 

Bezapelacyjnym zwycięzcą okazał się pilker własnej produkcji. Był to dla mnie powód do podwójnej satysfakcji – po pierwsze przynęta okazała się łowna a po drugie zawsze przyjemnie jest złapać rybę na coś, co samemu się wykonało. Z kolei największym negatywnym zaskoczeniem był dla mnie połów na twistera – nie miałem na niego ani jednego brania, bardzo wolno opadał w toni i co się z tym wiąże nie można było prowadzić w sposób agresywny.

Nowe przepisy

Smutnym wymiarem ostatniego rejsu jest stosowanie się a właściwie niestosowanie się wędkarzy do nowych przepisów obowiązujących od tego roku. Nie mówię tu oczywiście o ilości łowionych ryb, bo limit przy połowach z kutra nie obowiązuje, ani o wymiarze ochronnym zmniejszonym do 35 cm, bo ten jest przez znaczącą większość przestrzegany. Mówię o zbrojeniu wędki w przynęty. Zgodnie z właściwym ministerialnym rozporządzeniem § 5 mówi, co następuje:

  1. Przy prowadzeniu połowów dorsza ze statku lub innego niż statek urządzenia pływającego dopuszcza się zakończenie linki, o której mowa w ust. 1:

     1) sztuczną przynętą z przymocowanym do niej, w sposób elastyczny, haczykiem o nie więcej niż 3 ostrzach rozstawionych w taki sposób, aby   nie wykraczały poza obwód koła o średnicy 30 mm lub nie przekraczały szerokości przynęty,

    lub

     2) przyponem zakończonym haczykiem o jednym ostrzu, którego rozwarcie nie przekracza 20 mm, z przymocowaną do niego sztuczną przynętą.

W praktyce przekłada się to na możliwość zastosowania uzbrojenia zestawu w pilkera zakończonego jedną kotwicą lub przywieszką uzbrojoną w jeden haczyk. Nie ma możliwości łączenia obydwóch przynęt na jednym zestawie. Rozporządzenie zaostrzyło rygor w zbrojeniu zestawu. Czy jest to słuszne posunięcie czy też nie – zdania zapewne są i będą podzielone. Osobiście skłaniałbym się do twierdzenia, że powinno być dozwolone stosowanie zestawów z dwoma przynętami – pilkerem uzbrojonym w jedną kotwicę i przywieszką uzbrojona w jeden hak. U źródeł zaostrzenia przepisów leżała zapewne obawa, że zniesienie limitu i zmniejszenie wymiaru ochronnego spowoduje większe odłowy wędkarskie dorsza niż były do tej pory. Z doświadczenia każdy wędkarz morski jednak wie, że stosowanie się do wcześniejszego limitu 7 sztuk też było martwym przepisem.

Rzeczywistość okazuje się daleka od przepisów. Podczas ostatniego rejsu około 80% osób na kutrze używało wędek uzbrojonych w pilker (niektórzy nawet z dwoma kotwicami) oraz przynajmniej jedną przywieszkę – przynajmniej, bo większość miała po dwie a niektórzy nawet trzy. Większość stosowała więc zestawy niezgodne nie tylko z wymogami obecnego prawa ale nawet niezgodnymi z poprzednimi zasadami połowu.

Jakie są powody takiego stanu rzeczy? Odpowiedzi może być wiele, ale sądzę, że u podstaw leży brak wiedzy wędkarzy o obowiązujących przepisach. Wynika on z braku odpowiedniej informacji o obowiązujących przepisach, które to powinny pojawiać się w mediach wędkarskich z większą częstotliwością i z większym nasileniem. Informacja taka powinna być także przekazywana od organizatorów rejsów wędkarskich. Drugim aspektem jest działanie na zasadzie kopiowania od sąsiada – „skoro wszyscy tak łowią to widocznie jest to dozwolone”. Po trzecie to efekt braku efektywnego podmiotu kontrolującego wędkarzy na kutrach. No i na koniec powodem łowienia niezgodnie z przepisami jest zwykła ludzka pazerność – zasada „musi mi się ten rejs zwrócić” jest niestety dla wielu ciągle obowiązująca.

Należy postawić pytanie – jak zmienić ten stan rzeczy?

Powrót

Podsumowując cały rejs uznaję za udany – dość dobre brania, ładna pogoda, miła atmosfera, nowe doświadczenia i oczywiście emocje podczas holu ryb. To wszystko sprawia, że z miłą chęcią wrócimy w przyszłości na pokład Złotej Rybki by zmierzyć się z bałtyckimi dorszami.

A za niecały miesiąc kolejne doświadczenia – 7 listopada udajemy się do Kołobrzegu gdzie będziemy gościć na pokładzie jednostki Nurek. Mamy nadzieję, że na przeszkodzie nie stanie nam sztorm, który już kilka razy w tym roku pokrzyżował nam szyki.

Z wędkarskim pozdrowieniem,

Wojtek

RYB_9112 - Kopia RYB_9117 - Kopia RYB_9130 - Kopia WP_20151010_004 - Kopia WP_20151010_005 - Kopia RYB_9164 - Kopia RYB_9176 - Kopia RYB_9177 - Kopia RYB_9182 - Kopia RYB_9198 - KopiaRYB_9201 RYB_9203

FacebookTwitterGoogle+Podziel się z innymi