Rejs na Nurku – Kołobrzeg 07.11.2015 Brak ocen.

Team www.kutrywedkarskie.pl wraz z grupą 11 znajomych wędkarzy zaplanował dorszowy rejs na pokładzie kutra Nurek w Kołobrzegu. Miał to być nasz pierwszy rejs na tej jednostce, więc każdy z nas był ciekawy jak wygląda tam wędkarska rzeczywistość.

W Kołobrzegu pojawiliśmy się w piątek około godziny 22.00 po blisko 5 godzinach drogi. Od razu skierowaliśmy się do portu, gdzie miał na nas czekać właściciel jednostki, pan Krzysztof Szkudlarek. Zgodnie z umową mieliśmy zarezerwowane miejsca noclegowe na kutrze. Pomimo tego, że spanie w hotelu lub pensjonacie na pewno jest wygodniejsze wybraliśmy takie rozwiązanie na spędzenie nocy. Jest ono o tyle sensowne, że nie trzeba z samego rana przemieszczać się do portu i przewalać całe kilogramy wyposażenia na pokład tylko po prostu już się na nim jest. Można w ten sposób zafundować sobie 2-3 godziny dodatkowego snu. Pisząc o komforcie spania nie miałem oczywiście na myśli, że na Nurku jest on zły. Wręcz przeciwnie – koje są wystarczająco obszerne, wygodne i przede wszystkim czyste i zadbane. Zgodnie z tym, co mówią informacje na stronie internetowej jednostki, Nurek oferuje tyle miejsc noclegowych ilu wędkarzy może uczestniczyć w rejsie. Wypłynięcie z portu zostało zaplanowane na godzinę 6.00, więc mieliśmy przed sobą kilka dobrych godzin snu.

Rejs

Poranek powitał nas siąpiącym się z nieba drobnym deszczem, choć było nad wyraz ciepło jak tę porę roku – termometr wskazywał 11 stopni. Punktualnie o godzinie 6.00 odbiliśmy od nadbrzeża i ruszyliśmy w kierunku wyjścia z pory. Dookoła panowały jeszcze nocne ciemności, do najbliższego łowiska mieliśmy blisko 1,5 godziny płynięcia, więc niektórzy koledzy pozostali jeszcze w objęciach Morfeusza w swoich kajutach. W tym czasie kucharz przygotował przepyszne śniadanie, które postawiło budzących się do życia wędkarzy. Wiadomo przecież, że wędkowanie z pustym żołądkiem nie należy do najprzyjemniejszych. Oczekiwanie na pierwszy rzut pilkerem minęło szybko i przyjemnie.

Około godziny 7.30 szyper napłyną na pierwsze łowisko i ustawił jednostkę do łowienia. Jak to zwykle bywa, wszyscy na pokładzie (a było to łącznie 19 osób) z niecierpliwością czekali na pierwszy sygnał zezwalający na wpuszczenie przynęt do wody. Gdy wreszcie upragniony dźwięk zabrzmiał w uszach w kierunku morskiej toni powędrowały najróżniejsze wędkarskie przynęty. Rozpoczęcie było nader obiecujące. Większość wędkujących już przy pierwszym napłynięciu wyciągnęła ryby. Do niektórych uśmiechnęło się szczęście i po chwili mieli już po 2-3 sztuki na pokładzie. Przez kilka kolejnych godzin szyper skutecznie powtarzał manewr napłynięcia na ławice dorszy. Nie zdarzyło się ani razu, żeby choć jedna osoba nie wyciągnęła ryby w jednym napłynięciu. Trzeba przyznać, że szyper Nurka jest naprawdę dobrym specjalistą w tym, co robi. Jednostka była za każdym razem prawidłowo ustawiona do fali i stabilnie utrzymywała swoją pozycję.

Około godziny 12.00 przyszedł czas na drugie śniadanie. Smaczne śledzie i tatar z łososia poprawiły humor i dodały sił wszystkim uczestnikom rejsu. Można było przystąpić do dalszego łowienia. W pojemnikach na pokładzie przybywało ryb i większość była zadowolona ze swoich wyników.

Po godzinie 16.00 zaczęło robić się coraz ciemniej i przyszedł czas na zakończenie łowienia. Trzeba było wracać do portu. Kuchnia pokładowa na zakończenie zafundowała wszystkim solidny i smaczny obiad – kotlet schabowy słusznej wielkości, puree z ziemniaków i surówkę z kapusty. Szczerze przyznam – że jedzenia w takiej ilości i w tak dobrej jakości jak na Nurku nikt chyba podczas wypraw dorszowych nie serwuje. W tym miejscu pozdrawiamy przesympatycznego pana kucharza. W drodze do portu był też oczywiście czas na spakowanie swojego ekwipunku i oprawienie złowionych ryb, które można było przechowywać w dwóch dużych skrzyniach-lodówkach znajdujących się na pokładzie i wypełnionych lodem.

Cały rejs trwał łącznie 12 godzin. O godzinie 18.00 zameldowaliśmy się w porcie, gdzie czekał na nas właściciel jednostki z trzema dużymi pojemnikami z lodem – to kolejny plus organizacyjny dla Nurka.

Wędziska

Jeżeli chodzi o wędziska to większość łowiących używa kijów o długości 2,7 m. Ze względu na możliwość wykonywania rzutów o różnej długości, kontrolę nad przynętą oraz szeroki wachlarz możliwości wykonywania podbić przynęt nad dnem są to kije najbardziej uniwersalne. Tylko sporadycznie wędkarze stosują dzisiaj na większych jednostkach krótsze kije, przeznaczone raczej do małych łodzi oraz do cięższych przynęt stosowanych na głębokich łowiskach (powyżej 60, 70 metrów). O ile długość wędzisk jest jednorodna o tyle ich gramatura jest już mocno zróżnicowana. Z łatwością można rozróżnić tutaj wędkarzy, którzy dopiero co zaczynają swoją przygodę z wędkarstwem morskim od tych, którzy mają za sobą już kilkanaście rejsów. Ci pierwsi najczęściej stosują ciężkie kije z najniższej półki sklepowej, wykonane w całości z włókna szklanego o masie wyrzutowej do 300 gram. Kije te są oczywiście odporne na uszkodzenia i przeciążenia, jednak na tym ich walory użytkowe się kończą. Prezentacja przynęty, jej „czucie”, wykonywanie dalekich rzutów – to wszystko nie jest najmocniejszą stroną tego typu wędzisk. Nie jest to oczywiście zarzut do posiadaczy czy też producentów sprzętu. Wynika to raczej z nastawienia do wędkarstwa morskiego wykonywanego z jednostek pływających. Wiadomo, że warunki na pokładzie nie zawsze są miłe i przyjemne i dlatego wielu ludzi nie chce ryzykować wydatku dużych pieniędzy na sprzęt, którego może więcej nie użyje. W wędkarstwie morskim „dojrzewa” się może po prostu dłużej niż w śródlądowym. Dopiero po kilku, kilkunastu rejsach w różnych warunkach pogodowych i na różnych łowiskach wędkarz wie, że skuteczne łowienie na morzu to nie zwykłe szarpanie pilkerem. Tu też potrzebna jest finezja żeby osiągać przyzwoite wyniki. Dlatego na pokładach jednostek można dzisiaj coraz częściej spotkać wędkarzy, których kije mają ciężar wyrzutowy nie większy niż 150, 100 a nawet 80 gram. Podczas tego rejsu miałem możliwość łowienia trzema różnymi wędziskami o różnie długości i możliwościach wyrzutowych. Były to wędki – 270cm/150g, 270cm/300g i 240cm/300g. Celowo nie podaję producentów i cen wędzisk, bo nie to jest najistotniejsze w tym porównaniu. Wynik testu jest następujący – największy komfort i przyjemność łowienia uzyskałem podczas łowienia kijem 270cm/150g. Pozostałem dwa „rozwiązania” pozostały daleko w tyle.

Kołowrotki

Standardowe morskie „młynki” spotykane na pokładzie to modele wielkości od 5000 do 7000. W 95 procentach są to kołowrotki o szpuli stałej, tylko nieliczni decydują się używać multiplikatorów. Przy głębokościach, na których łowi się w wodach polskiego Bałtyku i gramaturze przynęt do tego dostosowanych nie ma po prostu potrzeby używania tak solidne sprzętu. Po drugie, o wiele łatwiej i szybciej wykonuje się rzutu kołowrotkiem o szpuli stałej.

Linka

Prawie wszyscy stosują dzisiaj plecionki. Można by tutaj wymieniać wszystkie jej zalety, ale najważniejszą z nich jest chyba po prostu stosunek mocy do grubości. Wiadomym jest, że żyłki o grubość 0,4/0,5 mm nie należą do materiałów elastycznych i układają się na szpuli o wiele gorzej niż plecionka.

Przynęty

Tym razem wędkowaliśmy na łowiskach o głębokości pomiędzy 10 a 15 metrów. Nie żeby specjalnie – po prostu tam były ryby. W pierwszej części rejsu dryf był na tyle słaby, że mogłem używać lekkich przynęt o wadze 80 gram. Niektórzy koledzy stosowali nawet pilkery 50 gramowe i też im się sprawdzały. Druga połowa dnia, podczas której zwiększyła się siła wiatru i dryfu spowodowała, że musiałem się przestawić na przynęty o wadze 100-120 gram. Przez cały rejs stosowałem tylko pilkery całkowicie rezygnując z zamiany ich na przywieszkę. Z obserwacji innych łowiących wywnioskowałem, że większość brań była właśnie na pilkera i na ten typ przynęty łapały się największe sztuki. Co do kolorystyki to przez pierwsze 3 godziny łowiłem tylko na srebrno zielony pilker firmy Cormoran o masie 80 gram. Był on na tyle skuteczny w prowokowaniu ryb do brania, że niebyło potrzeby go zmieniać. Następnym łownym modelem używanym przeze mnie przez kolejne 2 godziny był mleczno-niebieski pilker Getki, dzięki któremu udało mi się wyciągną kilak ryb. Na pierwszym miejscu w rankingu skuteczności uplasowała się jednak inna przynęta, na którą złowiłem najwięcej i największych ryb. Była to 120 gramowa Bora w kolorze soczystej czerwieni. Używałem jej przez ostatnie 4 godziny łowienia i nie miała sobie równych. Oczywiście przetestowałem oprócz tego koło 10 innych pilkerów, ale ponieważ nie odnotowałem na nie żadnego brania nie będę o nich dzisiaj wspominał. Nie ukrywam, że uporczywe stosowanie czerwonej Bory zawdzięczam wskazówką pokładowego kucharza, który polecił mi właśnie ten kolor przynęty, jako najwłaściwszy tego dnia i jak się okazało miał 100% rację.

Przypon

Stosować czy nie? To pytanie było jednym z głównych, które zadawałem sobie przed i podczas rejsu. Przed miesiącem na łowiskach Darłowa o głębokości około 50 metrów, gdzie używałem przynęt w przedziale 150-170 gram stosowałem własnoręcznie wykonany przypon z żyłki 0,8 mm i byłem z niego zadowolony. Tym razem również zacząłem łowienie z takim właśnie przyponem. Jednak już po kilku pierwszych rzutach wiedziałem, że coś jest nie tak. Łowisko było płytkie, pilker lekki a dryf mały. Nie czułem przynęty tak jakbym chciał i wiedziałem, że w wodzie też musi ona wyglądać nader nienaturalnie – powiedziałbym nawet „sztywno”. Podczas łowienia nie odnotowałem nawet branie. Po około półgodzinnych bezproduktywnych rzutach zlikwidowałem przypon i przymocowałem pilkera bezpośrednio do plecionki. I to był strzał w dziesiątkę! Czucie przynęty poprawiło się diametralnie. Co więcej od razu rozpoczęły się brania. Przez cały rejs nie założyłem już przyponu i było to słuszne posunięcie. Analizując dwa ostatnie rejsy wyciągnąłem następujące wnioski. Po pierwsze, gdy łowisz płytko i lekko nie stosuj przyponu. Po drugie zawsze bądź gotowy do zmiany i dostosowuj się do aktualnej sytuacji.

Technika łowienia

Szczerze Wam przyznam, że nie złowiłem ani jednej ryby spod kutra. Co więcej – nie miałem nawet jednego brania spod kutra. Choć próbowałem jak mogłem. Dlatego po pierwszych 2 godzinach w ogóle zrezygnowałem z wpuszczania pilkera bezpośrednio pod kadłub jednostki i rzucałem jak daleko mogłem pozwalając przynęcie swobodnie opaść na dno. Nie zamykałem kabłąka, tylko cały czas kontrolowałem napięcie linki. Tę metodę stosowałem już przez cały czas trwania rejsu. Myślę, że około 70% ryb złowiłem z pierwszego opadu a pozostałe po kilku 2-4 pierwszych podbiciach. Korzystając z obserwacji innych mogę też stwierdzić, że bezpośrednio spod kutra wyszło bardzo mało ryb. Powodem takiego obrotu sprawy była głębokość łowiska, która prawdopodobnie wpływała na zachowania ryb (może zauważały obecność kutra i były bardzie czujne w jego obecności). Łowienie na 10-20 metrach trudno nazwać typowo morskim łowieniem. Jest to raczej ciężki spinning z tą różnicą, że na końcu zestawu nie mamy gumy a pilkera.

Ryby

I na koniec to, co najważniejsze, czyli ile oraz jakich ryb udało się złowić na tym rejsie. Zacznę od rozmiarów. Wielkość większości dorszy oscylowała pomiędzy 40 cm a 50 cm, co w obecnych czasach należy uznać za przyzwoitą wielkość. Trafiło się też kilkanaście większych sztuk pomiędzy 50 cm a 60 cm i to już należy uznać za nadprogramową wielkość. Osobniki poniżej wymiary ochronnego praktycznie się nie trafiały, a jeżeli już były to wracały z powrotem do morza. Jeżeli chodzi o ilość ryb to najlepszy wędkarz wyciągnął 36 dorsze a osoba z najgorszym winkiem miała ich 6 (o ile dobrze odczytałem w raporcie z połowów). Większość osób miała pomiędzy 15 a 20 sztuk.

Moje osobiste wyniki są następujące – 27 wyciągniętych sztuk, w tym tylko dwie, które wróciły do morza, bo były poniżej wymiaru za to aż 7 sztuk między 50 a 60 cm. Oprócz tego miałem jeszcze 18 brań, podczas których holowałem rybę, ale niestety nie udało mi się wyciągnąć jej na pokład – w skuteczności kryje się jeszcze spory potencjał do uzyskiwania lepszych wyników.

Tradycyjnie trafiło się jak zawsze również kilka diabłów morskich, flądr i turbotów.

Na koniec

Rejs na pokładzie Nurka był dla mnie oraz jak myślę chyba dla wszystkich uczestników bardzo udaną przygodą. Było dużo ryb o całkiem przyzwoitych rozmiarach jak na dzisiejsze czasy, jeszcze więcej brań, miłe towarzystwo oraz w pełni profesjonalna obsługa. Trudno by mi było znaleźć jakieś zastrzeżenia, co do jednostki, jej właściciela i obsługi. Jedyne, co stanowi „problem” to to, że aby popłynąć Nurkiem na dorsze trzeba rezerwować rejs naprawdę z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Świadczy to o dobrej renomie, jaką na rynku wędkarstwa morskiego w Polsce posiada ta jednostka. Mamy jednak nadzieję, że uda nam się jeszcze kiedyś połowić z pokładu tej wspaniałej jednostki.

Wszystkich zainteresowanych rejsami wędkarskimi na jednostce Nurek zapraszamy na stronę www.dorsze.net. Znajdziecie tam zakres oferowanych usług, opis jednostki i galerię zdjęć.

FacebookTwitterGoogle+Podziel się z innymi